Każda baśń, każda historia z happy endem umiejscowiona jest na jakimś mniejszym lub większym zapośladku. Niby deptanie po śladku, ale jednak odkrywanie na nowo. I to nie koła… Bardziej dróg i połowicznie przetrawionych oddechów. Bo z każdym oddechem da się zbudować kolejne słowo. A od słowa do słowa powstaje nowa historia, nawet, jeśli opiera się na podobnych założeniach.
Żeby dotrzeć do szczęśliwego końca, a właściwie spokojnego początku, trzeba najpierw dziarsko przedrzeć się przez złowieszcze krzaki, a im dalej w te pędy, tym więcej zarośli. Trzeba przebrnąć przez rwący nurt żyjącej swoim i wieloma pochłoniętymi życiami rzeki oraz pokonać różnice wysokości w ukształtowaniu terenu. Skróty kuszą.
Jedna droga, wiele ścieżek
Życie opiera się na monomicie. Bo życie to historia, a analiza każdej jednej prowadzi w to samo miejsce. I w zasadzie opisuje tę samą drogę. Bo droga, przemieszczanie się przez nią, to właśnie esencja każdej przygody. Bo można przelecieć na szybko, bez większych emocji, do celu. Ale to jak mechaniczny, pozbawiony uczuć seks. Jest popęd jakoś tam zaspokojony, ale jednak nie ma spełnienia. Do tego potrzebny jest taniec dusz– a na to w świecie instant coraz mniej się zwraca uwagę. A może właśnie badamy systemy korzeniowe na nowo? Może zupki made in China zdobić wreszcie będą muzealne wystawy?
Mapa w spadku
Przychodzimy na przygotowany teren. Wybierany zapewne losowo– ot, gdzie rzuci los w swym żarcie na pożarcie. Albo do krainy płynącej substancjami o różnych cechach fizykochemicznych. Dostajemy mapę, artefakt naszych przodków z wyrytymi przekonaniami jako szerokościami geograficznymi. Tylko że kontynenty się przemieszczają, a wraz z nimi powstają nowe skrzyżowania. I nowe ścieżki. Przede wszystkim neuronowe- bo wszystko zaczyna się w głowie.
Utarte szlaki
Przeważnie repetujemy w historii życia, powtarzamy opowieści naszych dziadków, zmieniając jedynie szczegóły. I tymi szczegółami dokładamy kolejne bloczki do ściany ewolucji. Potem, kilka pokoleń do przodu, które być może nawet nigdy się nie zastanowią nad naszym istnieniem, będą na tych ścianach murale. Albo nieestetyczne bazgroły, bo ludzkość lubi sobie strzelać w pięty.
Skróty kuszą
Bo co jest za rzeką, to przeważnie widać. Tylko żeby dojść do mostu incydentu, trzeba najpierw przejść się wzdłuż tego nurtu. I przetrwać jeszcze podróż mostem, a ten nie musi być przecież stabilną konstrukcją. Ale można rzekę przeskoczyć. Jak kwant w przestrzeni, bez drogi przejścia. Po prostu, kumulacja energii i jest przeskok.

Najpierw skupienie na sobie, magazynowanie energetyczne i hop! To może się udać. Ale nie musi. Można wpaść do rzeki. I albo poddać się jej nurtowi i swobodnie dać się ponieść emocjom (o ile o swobodzie mówić tu można), bez pewności, gdzie rzeka poniesie, albo wpaść w wir zdarzeń i… utonąć.
Ale po co?
Jeśli widok jest klarowny, to po co się wysilać? Nie lepiej przejść się spacerkiem i spotkać przy okazji innych przechodniów? A może z niektórymi będzie się szło w tym samym kierunku, zyskując kolejnych towarzyszy podróży?
Z pomiędzy chaszczy wśród tańczących mrówek- z miłością, AnanaS
Dodaj komentarz