Dawno, dawno temu… A żeby to tak bajecznie, tudzież bezpiecznie zabrzmiało. W końcu w początku zawrzeć się czas nie musi… Bo opowieść o szukaniu siebie przypomina trochę gotowanie francuskiego specjału… A nie wrzucanie jaj do wrzątku. Chociaż… 🤔
Nie mam nic do Francuzów. Bynajmniej. Jeżdżę francuskim autem, które jak mi wyskoczy z komunikatem po angielsku, to przywodzi mi na myśl próby dogadania się po uniwersalnemu (czyli taki miks bełkotu niedalekich wysp z seplenieniem rodem z odległego zakątku kojarzonego z nijakim Kolumbem) z Francuzami w cudnych Alpach. Szybciej dogadałam się na migi z Węgrami, dwukrotnie zresztą.

Kocham twórczość Valerie Perrin, każde jej słowo niemal zlizuję z kartek, bez zamiaru wydłubywania liter spomiędzy zębów. Akcent jest niesamowicie romantyczny, perfumy przenoszą w inny wariant rzeczywistości, szminka od Coco nie zdobi tandetnie uzębienia; zaś co do historii, zwłaszcza IIWŚ to zwyczajnie przemilczam temat. Ale i w tym jest cel, jawny, choć nie, żeby nim epatować.
Im dalej w pole, tym wiatr głośniej hula
A kto wiatr sieje, tego piorun goni. Bo wiatr jest potrzebny, ale się go nie łapie w dłonie. On ma je dotykać, głaskać, bawić się nimi. Ma lekko pociągać ciepłym strumieniem po policzku i niepostrzeżenie znikać, by go szukać w (kwantowym) polu nieskończonych możliwości.
Czasem zabarwiony nutą siarkowodoru, puszczony samopas bardziej lub mniej dźwięcznie. Rytmicznie, pojedynczo, a czasem melodią. Nawet i pauza cichaczem się włamie spod bieliźnianej kominiarki.
Czasem przyniesie opowieść o lecie w aromacie smażonych jabłek. Czasem poniesie słowa, które rozbijają się o złuszczającą się farbę płotu wokół rodzinnego domu. Czasem wnikną przez szpary nieszczelnych okien i niepostrzeżenie wnikną w ściany, zostając, jednak przemilczane.

Chodzi o to, że wiatr jest częścią natury. Częścią procesu trawiennego. A jak coś jest niestrawne, to po prostu tego się unika. Tylko że nawet Śnieżka w swej naiwności poleciała na jabłuszko od uroczej staruszki. Starszy wiek niekoniecznie jest tożsamy z mądrością, zmarszczki nie zawsze wyznaczają linie życia- czasami to cudze ścieżki, wyschnięte koryta żyć. Ale wyglądają tak samo, to i się pomylić można.
Numerologia, ósemki i szklane kulki
Wiek to nic nieznacząca liczba, co najwyżej określająca potencjalną superpozycję na potencjalnej osi czasu. I tyle. A potem dodatkowa nomenklatura, żeby się naukowi nie nudzili- bunt dwulatka, dorastanie, skok rozwojowy wieku uśrednionego i tak dalej. Żeby było na co zwalić.

Lubimy jako ludzie nadawać znaczenie. Zwalać swoje decyzje, niekoniecznie świadome, zaprogramowane przez otoczenie w dzieciństwie (Freud, idź w cholerę!) na czynniki zewnętrzne. Nadawać znaczenie. Nie, żeby to jakoś podziwiać (choć i to się zdarza), ale żeby przykryć symboliką jak dziurawą pierzyną wstyd niedoskonałości ludzkiej. Wmówionej- bo nie jesteśmy tutaj po to, by być doskonali– to już trzech takich dokonało w historii ludzkości. Jesteśmy tutaj, by się doskonalić. By decydować. By tworzyć. Popełniać gafy, uśmiechnąć się i patrzeć do przodu. Do przodu. A nie na boki. Nie w szklane kulki i obłoczki z dziwnie pachnącego dymu. A już, Boże broń, wstecz. Przeszłość minęła. Minęła i jej nie ma. Istnieje tylko jako obraz w naszej pamięci.
A pod prąd to można mikser podłączyć…
A nie przemieszczać się po linii życia. Po linii przez nas wybranej. Bo jak to kopnie, to w najlepszym razie się upadnie. Choć i to nie stanowi tragedii, a pole do odpoczynku i nabrania na nowo werwy. Może przemyślenia pewnych kwestii. Bo to, że człowiek upadł oznaczać może, że:
- Skończył się świat- postawa poniekąd tragiczna, teoretycznie pozbawiona perspektyw. Jednak tylko w teorii i to w dodatku cholernie zawężonej. Bo jednak patrzy się na świat z perspektywy żabiej (taka reminiscencja do tej Francji…).
- Życie dało kopniaka, żeby nie przeszkadzać mu się dziać. Bo życiu trzeba pozwolić się dziać. Trzeba zwyczajnie ustalić, co się chce. Ustalić swoją igłę wewnętrznego kompasu (choć na myśl przywodzi inna igła, niekoniecznie wewnętrzna i u jednej płci- toteż zalecam przemyślane wybieranie lektur, komedie romantyczne działają jak ACE na szare komórki, ale potem wytwarzają się skojarzenia, które niektórym jednostkom mogą dopchać kijka w miejsce jeszcze głębsze…). Życie zawsze zmierza ku naturalnemu porządkowi. Co na siłę, co na złość, co na agresję, to może i da efekt, ale krótkotrwały i bez żadnych fundamentów. Wystarczy potem pierdnąć lekko i sprężysta natura wszechświata odbije do pozycji optymalnie korzystnej dla większego dobra. ZAWSZE.
- Życie zaleca odpoczynek. Leżakowanie. Dojrzewanie w słońcu, może podlewanie ciepłym, lekkim deszczem. Byleby nie leżenie pod jakimś dworcem, przy ścianie, bo wówczas to nie krople deszczu mogą spaść na lico… W każdym razie w pozycji horyzontalnej świat wygląda nieco inaczej. I w dodatku mało kto patrzy pod nogi, więc można sobie kontemplować i obserwować. To dość przyjemna forma medytacji. Jak energia wróci, to się wstanie. I zobaczy się nowe perspektywy- bo życie się dzieje dalej, a jak się z nim człowiek nie kłóci, to harmonia aż rzuca się w oczy do samych koniuszków palców u stóp.
Z prądem się nie igra. To zawsze naginanie praw natury. Prądem można przyspieszyć. Można podgrzać, można puścić prądzik galwanizacyjny. Dla relaksu, dla urody. Ale nie bawić się nim. A już na pewno nie wkładać śrubokręta do gniazdka. Bo to jak już pierdolnie, to raz, a konkretnie. I może raz się podniesie. Może nawet drugi… Ale jeśli takowy się nie nauczył, to czeka go brutalna selekcja naturalna.
Spacer boso po gruncie, lecz z głową w atmosferze
Spacer. Niekoniecznie bieg. Ten ma być naturalny, dla lekkości i zdrowia. Nie wyścig, a na pewno nie z czasem. Bo ten jest sferą i ciężko z kulą się ścigać, toczy się, jak ma się toczyć. Ustawić cel, słuchać podszeptów duszy i ciała, kiedy trzeba- działać. Mimo strachu i paplania ego. A już na pewno nie działać wbrew swojej naturze- tej indywidualnej, jedynej, wyjątkowej i pięknej u każdej istoty. O ile ma odwagę ją pielęgnować. A najpierw odkryć… Bo życie to właśnie takie odkrywanie- cel, do przodu, patrzysz za znakami, patrzysz na mapy i ruszasz… Ale nie już wydeptaną ścieżką, krok po kroku, w cudzych, niepasujących butach…

Dodaj komentarz